Pod banderą Sternika – Wyspy Jońskie 2018

Pod banderą Sternika – Wyspy Jońskie 2018 – zupełnie subiektywny

Skiper – Mariusz Machej

Mam nadzieję, że komuś się to przyda! Może ktoś popłynie w te rejony, a może my wrócimy tam jeszcze raz… W każdym razie, poniżej zamieszczam garść dość luźnych uwag, dotyczących dwutygodniowego rejsu, który odbyłem wraz z rodzinką początkiem lipca 2018 r.

1. Gdzie to jest? No, gdzie to jest?

Start i koniec rejsu to port w Lefkadzie (miasto) na wyspie o tej samej nazwie. W tym wypadku pisząc o Wyspach Jońskich, mam na myśli wyspy rozciągające się wzdłuż zachodniego brzegu Grecji, między Lefkadą na północy, a Zakyntos na południu.

2. Jak dojechać?

W zasadzie można tam dojechać na 3 sposoby: samolotem, samochodem lub samochodem-promem. Najłatwiejszą, najszybszą i najtańszą wersją jest samolot – pod uwagę można brać tanie linie lotnicze, lub loty czarterowe organizowane przez biura podróży, trzeba dolecieć do Prevezy, lub na Korfu. Ze względu na awersje Magdy do lotów samolotem, wybraliśmy wersję mieszaną: ja, Magda i Martyna jechaliśmy samochodem do Ancony, potem płynęliśmy promem do Igoumenitsy, gdzie spotkaliśmy się z Martą i Józkiem, którzy przylecieli samolotem na Korfu. Ostatnie 110 km, jakie nam zostało do Lefkady, przejechaliśmy wspólnie samochodem. Przy okazji, samochód w Lefkadzie zostawiliśmy, w wolnym miejscu przy chodniku, całkiem za darmo, i nic mu się przez 2 tygodnie nie stało.

3. Jaki plan?

Punkt pierwszy: poprzez Itakę i Kefalonie dopłynąć za Zakyntos, do zatoki Wraku oraz do żółwi Caretta (i wrócić:)). Drugi żelazny punkt planu: totalny chill-out, cieszyć się kąpielami w ciepłych zatoczkach, zwiedzaniem ciekawych miejsc na brzegu i kosztowaniem smakołyków greckiej kuchni. Jak to zwykle bywa, życie weryfikuje zbyt optymistyczne założenia – pierwszy punkt planu nie udało się zrealizować w 100%, co zresztą niespecjalnie nas zmartwiło, bo wykonaliśmy 150% planu z punktu drugiego.

4. Czym pływaliśmy?

Wybór jachtów jest ogromny. Postanowiliśmy kierować się ceną i wybrać coś w miarę taniego. Wybór padał na Sun Odyssey’a 37.1 o wdzięcznej nazwie „Calma” z roku 1996. Jak się później okazało całkiem niepotrzebnie martwiłem się tym rocznikiem. Łajba była doskonale utrzymana i zadbana, a jej stan był znacznie lepszy niż stan o 10 lat młodszych łódek jakie miałem okazje czarterować na Chorwacji. Właściciel, Theo, wyposażył ją w wiele pomocnych gadżetów i rozwiązań. Najciekawszym były panele słoneczne, które ładowały akumulatory i pozwalały bez podłączania się do źródła prądu przetrwać cały rejs. No chyba że na pokładzie znajdowały się kobiety, które używają prostownic i tego typu podobnych sprzętów…. wtedy bez podłączenia do prądu ani rusz.

5. Who is who

Załogę stanowiło 5 osób. Ja, świeżo upieczony Jachtowy Sternik Morski, moja żona Magda, córki Marta i Martyna, oraz teść – Józek, najstarszy i najmniej doświadczony (tzn. w ogóle nie) w pływaniu po morzu. Dość szybko rozdałem funkcje na jachcie, w przypadku odejść od kei, stawania na kotwicy itp. Józek zajmował się obsługą dość archaicznej windy kotwicznej – z czasem osiągnął w tym mistrzostwo, za cumy odpowiedzialne były Marta i Martyna, za odbijacze i komunikacje – Magda. W czasie rejsu, za sterem wszyscy zamienialiśmy się miejscami.

6. A w ogóle to tam wieje?

Pływając w tym rejonie i planując trasę rejsu trzeba brać pod uwagę kilka czynników. Jednym z ważniejszych jest, bez wątpienia, wiatr! Z moich dwutygodniowych obserwacji, wynika, że wiatr wieje trochę podobnie jak na Chorwacji, ale jest mocniejszy. Przeważający kierunek to NW. Rano do godziny 11stej – totalna flauta, potem siła wiatru zaczyna się stopniowo zwiększać, by koło 15-16stej osiągnąć 5B i tak wiać do późnego wieczora. No i tu zaczyna się jeden z problemów, bo gdzie i jak zacumować przy takim wietrze, kiedy np. na betonowej kei nie ma nikogo do pomocy, a ty dostajesz boczny wiatr 25 węzłów, musisz rzucać kotwicę i próbować podejścia.

7. Porty

Tym samym płynnie przeszedłem do kolejnego punktu. Porty na Wyspach Jońskich, nie różnią się specjalnie niczym innym od portów w pozostałych częściach Grecji. W przeważającej ilości są to porty miejskie, mariny, znane z Chorwacji, można policzyć na palcach jednej ręki, zresztą cześć z nich w ogóle nie powinna nazywać się marinami. Opłaty w portach są nieduże, lub w ogóle ich nie ma, w zamian otrzymujemy nic lub prawie nic. Przede wszystkim zapominamy o sanitariatach! Tzn. jest coś takiego, ale to zwykle inicjatywa prywatna lub pozostają sanitariaty w knajpkach. Zwykle nie ma prądu, a woda czasami jest. Grecy to zaradny naród, w portach i w ich pobliżu, jeżeli nie ma wody, kursują prywatne cysterny z wodą, gdzie za pomocą długiego węża mogą dostarczyć wodę nawet na jacht stojący na kotwicy poza portem. Tankowanie nie jest specjalnie tanie, np. na Itace po 6 eurocentów za litr, ale raczej wyjścia nie ma. A mariny… no cóż byliśmy w jednej – ceny wysokie, a infrastruktura nie powala – miałem wrażenie, że tak naprawdę jedynym usprawnieniem jest muring 🙂

8. Achtug! Flotylla!

Jedyna rzecz, która naprawdę psuła mi humor to były flotylle. Flotylle to zorganizowane grupy jachtów, głównie z Angolami na pokładzie, które pływają między portami na wyspach. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że flotylle posiadają swoich ‚przewodników’ czyli inaczej mówiąc obsługę, która jest odpowiedzialna między innym za zajęcia miejsca w porcie. ‚Przewodnicy’ przypływają pierwsi do portu, gdzieś w godzinach 13-14 i rezerwują cały port, np.: stając longsidem wzdłuż kei. Przypływając później, w większości portów, szczególnie tych mniejszych, nie ma żadnych szans, aby stanąć przy kei. Jeżeli ktoś musi lub chce konieczne stanąć w porcie, musi przypłynąć tam najlepiej najpóźniej w południe (wtedy kiedy akurat zaczyna wiać:)), w przeciwnym razie obejdzie się ze smakiem. Flotylle nie tylko zajmują miejsca w porcie, ale także najlepsze kotwicowiska wokół portu, więc tak czy owak trzeba się śpieszyć.

9. Kotwicowiska

Jedynym sensowym rozwiązaniem powyższego problemu jest stanie na kotwicy. Kotwicowisk jest dużo, jednak te najlepsze są zwykle zatłoczone. W związku z tym w większości przypadków stoi się na kotwicy i dwóch linach cumowniczych przyczepionych do brzegu (taki sposób cumowania zapobiega myszkowaniu łódki). Takie kotwiczenie wymaga zgrania załogi, gdy oprócz skipera, który utrzymuje łajbę w odpowiedniej pozycji (przy częstym bocznym wietrze), potrzeba kogoś kto dopłynie do brzegu i zaczepi poprawnie liny cumownicze. Na kursach tego nie uczą… za pierwszym razem pomogli inni żeglarze, a potem szło coraz lepiej. Za dopłynięcie z cumą opasaną przez ramię, znalezieniem odpowiedniego punktu zaczepienia i zamocowaniem cumy była odpowiedzialna Martyna. Znajomość węzła ratowniczego – w tym wypadku niezbędna. Stosuje się go do mocowania cumy do skał, oraz do sztukowania zbyt krótkich cum. Tak przy okazji: my do dyspozycji mieliśmy zwykłe cumy z włókien naturalnych, które były ciężkie i tonęły (wraz z Martyną:)), więc z zazdrością patrzyliśmy na tych żeglarzy którzy mieli lekkie, pływające, syntetyczne cumy w żarówiastych barwach.

Jeżeli miałby polecać jakieś miejsca do kotwiczenia i relaksu, to od razu na myśl przychodzą mi zatoczki na północno-zachodnim krańcu Meganissi oraz zatoka przy plaży Sarakiniko na Itace (uwaga: żeby zacumować przy pionowych białych skałach, trzeba mieć sprzęt alpinistyczny, np.: roksy lub haki), gdzie na plaży można zapalić ognisko.

10. Maniana z kotwicami

Jeżeli dużo jachtów stoi obok siebie na kotwicach, to prędzej czy później taka sytuacja będzie miała miejsce. Dwa razy wyciągaliśmy cudze kotwice, przy okazji wyciągania naszej. Za drugim razem wyciągnęliśmy dwie jednocześnie :). Jak się wie, co robić w takim wypadku, no to sprawa jest w miarę prosta. Znów mieliśmy szczęście do ludzi – za pierwszym razem, co i jak pokazał nam inny żeglarz.

Inna kwesta związana z kotwicą, to pewność czy kotwica odpowiednio trzyma dno! Zdarzyło się i tak, że z pozoru trzymająca dobrze kotwica, zaczęła ‚popuszczać’, i jacht niebezpiecznie zaczął się przybliżać do brzegu. Po szybkim zrzuceniu cum i odpłynięciu, okazało się że kotwica była zahaczona o zgubioną drabinkę kąpielową(!), która uniemożliwiała jej poprawne zarycie się w dno.

11. Awarie

Czarterowanie tanich łajb wiąże się z ryzykiem, że coś tam jednak może się zepsuć. Czwartego dnia rejsu, stojąc na kotwicy ‚poszła’ nam pompa wodna i cały zapas słodkiej wody znalazł się w zęzie. Na szczęście staliśmy obok portu, szybko zorganizowana przez Theo pomoc dotarła na miejsce – greccy fachowcy dopłynęli pontonem, wymontowali pompę i… powiedzieli, że zamontują nową w sąsiednim porcie, następnego dnia. W rejsie to praktycznie jedna doba straty, bo naprawa trwała do godziny 14stej dnia następnego. O innych drobnych awariach, naprawianych własnymi siłami – nie wspominam.

12. Coast Guard

Powszechnie znany jest grecki luz w żyłach, więc sporym zaskoczeniem była kontrola Straży Wybrzeża. Gdy zobaczyła ich Magda, zaraz pomyślała, że będą kontrolować poziom alkoholu w wydychanym powietrzu 🙂 Nic bardziej mylnego, to ich nie interesowało. Kontrolowali uprawnienia, dokumenty armatora, listę załogi, datę ważności środków ratunkowych – najtrudniej było znaleźć środki ratunkowe! Strach pomyśleć co by było gdyby naprawdę trzeba by było ich użyć!

13. Choroba morska

Na rejsach rodzinnych, po ciepłych wodach Adriatyku, sytuacja taka nie powinna się zdarzyć. A jednak, wbrew założeniom, się zdarzyła! Po 2 dniowych mocnych wiatrach, w cieśninie między Kefalonią a Lefkadą, która jest otwarta na ciągle rozkołysane morze, fala dała się załodze mocno we znaki. Na szczęście, po 2 godzinach bujania, dopłynęliśmy w pobliże brzegu, a choroba nie objawiła się w najcięższej postaci. Spotkana wcześniej polska załoga, płynącą z Zakyntos, też informowała, że ich choróbsko dopadło.

14. Język angielski – rzecz niezbędna!

Może to co piszę to absolutny truizm, ale bez znajomości angielskiego nie ma co wybierać się na Morze Jońskie. Jest to rejon Grecji okupowany przez angielskich turystów. Od przejęcia łódki, kontaktów z armatorem, z obsługą portów (o ile ktoś taki w ogóle jest), rozmów z innymi żeglarzami (przeważającej ilości też Anglikami), kupowaniem w sklepie lub knajpce, po zdanie łajby – tylko angielski. No chyba, że ktoś zna grękę!

15. Kąpiele

Woda w morzu jest czysta, ciepła lub bardzo ciepła, szczególnie w osłoniętych zatoczkach. Gdy nie żeglowaliśmy, pływaliśmy ile się tylko dało. W niektórych miejscach fauna morska zachwycała swym bogactwem – czasami miałem wrażenie, że kąpię się w akwarium. Zrobione zdjęcia nie oddały ani 10% klimatu tego miejsca 🙁

16. Grecka kuchnia

O tym by można pisać i pisać. Koniecznie trzeba spróbować, tym bardziej, że jedzenie w greckich knajpkach nie jest specjalnie drogie. Najlepiej znaleźć knajpę, w której stołują się lokalsi (nie zawsze jest to możliwe). Zwykle zaczynają ucztować około godziny 22 (dla nas to noc:)). Obserwowanie ich, jak również kosztowanie przysmaków lokalnej kuchni to przepyszna zabawa.

17. Dlaczego Odyseusz wracał do Penelopy 10 lat?

Teraz już wiemy! To nie tak, że nie chciał do niej wcześniej wrócić, bo miał inne kobiety w tym czasie. Homer wcale nie fantazjował! Itaka to mimo wszystko dość wietrzna wyspa, wystawiona na północno-wschodni wiatr, który dodatkowo się wzmaga przez efekt dyszy, którą tworzy cieśnina między Kefalonią i Lefkadą. Odyseusz na pewno chciał dopłynąć do ukochanej szybciej, ale warunki pogodowe były jakie były i zajęło mu to tyle czasu. A swoją drogą Penelopa i tak musiała czekać, bo przy tym wietrze, ciężko jej było innego chłopa znaleźć 😉

18.Podziękowania

Dziękuję mojej kochanej rodzince, za to, że znosi cierpliwe moje żeglarskie fanaberie. A Tobie czytelniku, za to, że przebrnąłeś do końca tego tekstu.

Mariusz Machej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *